Kabaret Tey - artykuły

Poczet satyryków polskich.
Zenon Laskowik

- Zaprosił pan Lecha Wałęsę do kabaretu. Sądzi Pan, że zaproszenie zostanie przyjęte?

- Jeśli tylko usłyszał, to sądzę, że przyjedzie. Zaprosiłem Wałęsę dlatego, że wolę mieć informacje z tzw. pierwszej ręki. I jezcze dlatego, że my z panem Leszkiem mamy wspólny mianownik - dobro naszej ojczyzny. I o tym właśnie chciałbym z nim porozmawiać.

- Chyba nie tylko Panu na tym zależy, ale co z tego wynika?

- I takie właśnie pytanie zawsze zadajemy sobie jak siadamy nad nowym programem. Co należy ośmieszyć, co jest już na tyle kretyńskie, że trzeba to zmienić.

- I co trzeba ośmieszyć teraz?

- Teraz? Że ludzie dawali się robić w konia, że wiedzieli o tym wszystkim, nie reagowali, że tchórzliwi byli, że dopiero jak znalazł się taki Wałęsa, tóry zaryzykował wszystko, to go poparli. Dlaczego staliśmy się tacy? Przecież podobno byliśmy narodem bohaterskim, walecznym. Teraz w kabarecie atakujemy apolityczność. A większość niestety idzie na "przeczekanie". W kabarecie mówią: "Słuchajcie, zróbmy to, co robi większość - przeczekajmy. To jest najlepsza postawa". Albo leci taki tekst: "Stój tutaj, nic nie rób i nic nie mów, czyli jak to się mówi - świeć przykładem". I ludziom jest wstyd. A program pisany był w październiku 1979 roku, premiera była w lutym 1980 r. Finał jest na statku.

- Z jakich właściwie powodów pisze Pan satyrę? Zazwyczaj robią to ludzie nieprzystosowani, a Pan wygląda na osobę znakomicie dającą sobie radę w naszych realiach.

- To pozory. Chcemy łapać życie na gorąco, wynosić je na scenę. Mieć kontakt z ludźmi. I ludzie przychodzą do nas konfrontować swoje myślenie w czterech ścianach swoich chat. Stąd piosenka była: "W czterech ścianach naszych chat marzy nam się inny świat". Nasza satyra istnieje w luce między władzą a społeczeństwem. Pan E.G. z tej luki zrobił całą przepaść, ostatnio bardzo się namęczymy, zanim złapiemy sygnał z dołu i sprawdzimy go na górze. A teraz jest już szczególnie trudno, ale z innych powodów. Kontakty na górze się pourywały, na dole też nic nie wiedzą. W programie pada yakie pytanie: "Co jest teraz grane ludzie w tym kraju?". Słyszę: he, he, he... - Kto należy do "Solidarności"? Przysięgam, że las rąk był tylko raz jak przyjechała wycieczka z Gdańska. I widzi Pani, a fama niesie, że większość. i tu jest problem. To jest typowo polskie, bo jeżeli ktoś już podpisał się pod "Solidarnością", to powinien wstać i powiedzieć do reszty sali: "A mam was w dupie smutasy, ja jestem w "Solidarności". - Czy zauważył Pan, że wymagania wobec satyry rosną?

- Tak. Jasiu Pietrzak napisał ostatnio w "Szpilkach", że robic teraz satyrę to jest koszmar. To zależy. W innych krajach są kabarety, a demokracja jest już ho, ho, jak daleko. Możhna teraz bawic sie w patroszenie psychiki naszej. Zawsze niezwykle mnie ciekawi, co myśli np. taki człowiek wciśnięty rano w tramwaj. Moim największym marzeniem jest zobaczyć co jest w środku narodowego mózgu? Co my wszyscy myślimy? Na ile się różnimy?

- Ma Pan przynajmniej jakieś mgliste przypuszczenia?

- Tak sobie myślę, że jak do tej pory zawsze na przestrzeni całej historii udawało nam się robić tylko Wielki Początek. Warto by ludziom uzmysłowić, dlaczego kończyło się zawsze tylko na tym. I teraz ważne jest, żeby znalazł się ktoś z Polaków kto by powiedział: "Panowie, a teraz my to dokończymy". Bo grzebiemy się w sprawach drobnych, wolne soboty, białe, żółte kartki na kiełbasę, strajk z jednym jedynym postulatem o telewizor kolorowy w świetlicy (mówię prawdę, był taki strajk w Poznaniu) a czas płynie...

- Przed wami (mówię o Panu i Smoleniu) byli Flip i Flap, Pat i Pataszon. Poszliście na klasyczny numer - cwany przystojniak i nieprzystosowana bida.

- To pomaga. Robi od razu atmosferę potrzebną nam do wprowadzenia naszych treści.

- Naprawdę improwizujecie na scenie, czy jest to tylko starannie wyuczony dialog?

- To jest styl kabaretu Tey, czyli stymulowana improwizacja. Styl ten wymyśliliśmy, żeby się przebić. 10 lat temu "Egida", "Elita", "Salon Niezależnych" miały styl mniej więcej podobny - numerami przez bramę, tak to się nazywa w branży. Bez fabuły i tzw. parateatralizacji. Ta improowizacja udawala się świetnie z Jasiem Rewińskim. Bywało tak, że odchodziliśmy od tematu 15 km licząc metrycznie, gubiliśmy się, odnajdywali, wychodził aktor, stał 10 minut inie wiedział co robić. Ale to dawało świeżość i sami świetnie się bawiliśmy. Tylko, że to myli ludzi i jak ktoś zamawia u mnie program i słyszę: "Panie Zenku wejdziesz pan, coś tam pan powiesz i będzie program". - nikt nie chce wierzyć, że nad jednym programem siedzimy sześć miesięcy. Całe pół roku, dzień w dzień.

- Nie sądzi Pan, że występy w telewizji są zbyt dużym kompromisem?

- Są. Na pewno, ale jest to świetna szkoła aktorstwa - to raz. A dwa, że czasami pójście na kompromis się opłaca - w czerwcu nagrywaliśmy cały program, który mógł pójść dopiero teraz, ale był nagrany. Po trzecie mam pół etatu w telewizji, żeby się nieco odświeżyć, nie mieć klapek na oczach. Wie Pani z kim teraz robięwywiad? Z Edwardem Mikołajczykiem "Wszystko za wszystko".

- W poprzednim okresie od czasu do czasu plotka niosła, że kogoś z waszej branży przymknęli. Teraz okazało się, ze to nieprawda. Jak z wami było?

- Skończyło się tylko na rozmowach. Potem z resztą mnie przeproszono.

- I ostatnie pytanie, stałe w tym cyklu. Jak przez dziesięć lat broniliście swych tekstów?

- Cenzura była miarą naszej dtyplomacji i myślenia. Nakazywała wspinać się coraz wyżej, wyżej w poszukiwaniu furtek interpretacyjnych, eufemizmó, takich, żeby broń Boże z niczym, z nikim się nie kojarzyło. Dochodziło do paranoi. Na jednym z programów miał wejść człowek z węglem. Po kolaudacji pada pytanie A co z tym węglem? Wyjaśniono nam, że lepiej żeby nie wychodził z tym węglem tylko z piaskiem. Bo węgiel to jest Śląsk, a Śląsk to Gierek. Ale poszło, gdy wytłumaczyliśmy, z czym może kojarzyć się piasek. Udawało nam się wielokrotnie zmylić czujność, ale jednego pana, który po obejrzeniu programu powiedział krótko: "Ten program nie pójdzie" - będę pamiętał do końca życia. Jeśli spotkam tego pana na stanowisku, to nigdy nie uwierzę w odnowę. Nigdy.

- A póki co, wierzy pan?

- Wierzę. Jestem optymistą. Do końca.

Rozmawiała:
Anna Wcisło